Domainers Club * domainers.org.pl

Dołącz do grona tworzącego Polską Izbę Domainingu!


M A N I F E S T   ver. 2.1.1
(ostatnia aktualizacja: 28.10.2013)

Cybersquatting czy inwestycja? Nadużycie czy uczciwe zarabianie na pomyśle?
Kontrowersyjne zachowania rejestrów i sądów polubownych wobec tzw. cybersquattingu przy jednoczesnej
zmowie milczenia wobec monopolistycznych praktyk samych rejestrów.

słowa kluczowe: domena, domeny internetowe, internet, NASK, Eurid, ICANN, cybersquatting, domainer, domaining, znak towarowy, własność intelektualna, uczciwa konkurencja, prawo, towar


WSTĘP

Świat liberalny, demokratyczny i kapitalistyczny rządzi się prawem wolności w tym także wolności do zarabiania pieniędzy. Gdy ktoś wpada na jakiś pomysł lub gdy posiada jakiś przedmiot lub jakieś prawa, to może je odsprzedać z zyskiem. Nikt nie powinien żądać od właściciela praw lub przedmiotu, by sprzedawał je tanio.

Kapitalizm polega bowiem na tym, że kupujemy coś tanio i mamy nadzieję, że sprzedamy drogo. Jak drogo? To zależy od dwóch rzeczy: od naszej chęci (tego na ile wyceniamy naszą własność) oraz od tego ile jest skłonny zapłacić potencjalny nabywca.
Prawo nie powinno ingerować w takie działania, gdyż wtedy łamie bardziej podstawowe prawo do wolności rozporządzania swoją własnością.

W przypadku domen wytworzono zwyczaje i przyjęto rozumienie prawa, które odbiegają od sensu kapitalizmu i zasad praworządności. Oto stworzono pejoratywną nazwę cybersquatting i potępiono ludzi pomysłowych, którzy uprzedzając innych zainwestowali i kupili prawa do pewnych nazw domen internetowych.

Dlaczego potępia się takich ludzi? Dlaczego się ich tępi, oczernia i pozbawia ich praw do własności? Spróbujemy tutaj odpowiedzieć na to pytanie.

Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na genezę pojęcia "cybersquatter", która zawiera w sobie angielskie słowa "cyber" (cyfrowy) oraz "squatter" (czyli dziki lokator). W realnym świecie squatterami nazywamy ludzi, którzy włamują się do cudzych domów, by mieszkać tam nielegalnie nie płacąc za taką korzyść.
Użycie tego określenia wobec domainerów czyli inwestorów domenowych, jest zwyczajnym nadużyciem i manipulacją słowami, gdyż domainerzy płacą za każdą rejestrowaną nazwę domeny oraz za odnowienie abonamentu co rok. Są więc legalnymi najemcami. Jedyne co można im zarzucać to sposób w jaki użytkują legalnie nabyte prawa. Ewentualnym cybersquatterem można by nazwać jedynie osobę, która np. przechowuje swoje pliki lub w inny sposób korzysta z cudzego serwera po złamaniu zabezpieczeń i włamaniu na ten serwer. Byłby to wtedy rzeczywiście cyfrowy dziki lokator.
Medialnie lepiej jednak wykorzystać pejoratywne określenia takie jak squatter, złodziej, czy pasożyt w stosunku do domainerów. Jest to retoryka przypominająca tę płynącą z dzieł Marksa, Engelsa i Lenina, gdzie każdy inwestor, kapitalista, spekulant był rodzajem wroga publicznego, którego należało opluć i pozbawić czci.
Arbiter sądu polubownego i profesor prawa Wojciech Kocot, podczas otwartej konferencji prawniczej, pasożytami nazwał domainerów, którzy przechwytują cudze wygasłe domeny wykorzystując zapominalstwo poprzednich właścicieli w odnowieniu. Choć pan Kocot mógł się wychować jeszcze w Polsce ludowej i nasiąknąć ideologią socjalistyczną, to jednak powinien przeczytać konstytucję i dowiedzieć się, że żyjemy w państwie kapitalistycznym, a podmioty gospodarcze mają same dbać o swoje interesy i jeśli jakaś spółka straciła swoją domenę z powodu własnego zaniedbania, to firma ta może mieć pretensje tylko do siebie. A za błędy trzeba w kapitalizmie płacić, czasem nawet słono.
Ciekawe, czy pan Kocot byłby tak samo chętny pobłażliwie traktować stronę dowolnego postępowania sądowego, gdyby przez własne gapiostwo uchybiła terminowi sądowemu? W doktrynie prawnej nawet jeśli słuszność w sprawie ma pewna strona, lecz spóźni się ona z przesłaniem odpowiedniego pisma, to może przegrać sprawę mimo, że zwycięzcą zostaje strona, która wygrać nie powinna.
W socjalizmie wysoko wykształcony prawnik nie powinien zarabiać więcej niż ciężko pracujący robotnik w fabryce - czy na takie rozwiązanie przystałby prof. Kocot? Czy dzieli się swoją profesorską gażą z biedakami oraz czy w kancelarii prawnej "Barylski, Olszewski, Brzozowski", pracuje za minimalną pensję krajową? Jeśli nie, to dlaczego chce by inni specjaliści (a do takich należą analitycy wartości narzędzi marketingowych) ograniczali swoje ceny i zarobki?
Dlaczego wreszcie ten jakże wysoko wykształcony arbiter zdaje się nie wiedzieć czym jest domena internetowa? I dlaczego z powodu swej niewiedzy, podejmuje się arbitrażu przyjmując rolę Robin Hooda, który rozdaje sporny przedmiot stronie, którą uzna za godniejszą używania przedmiotu sporu? W socjalizmie centralnie decydowano, że jakiś przedmiot (narzędzie pracy) np. fortepian będzie należał do najlepszego fachowca (pianisty). Tymczasem w kapitalizmie, fortepian należy do tego kto za niego zapłacił (np. na aukcji). Według prof. Kocota należy odebrać fortepian osobie/firmie, która nabyła go z myślą o odsprzedaży z zyskiem, i przekazać jakiemuś wirtuozowi. Szlachetna to postawa, choć jakże sprzeczna z założeniami kapitalizmu.

Ponieważ przedmioty materialne są nam bliskie i przez to rozumiemy ich umiejscowienie i właściwości prawne, a samo prawo wiele miejsca poświęca własności prywatnej, więc prawnikowi trudno byłoby uzasadnić odebranie przedmiotu materialnego inwestorowi i przekazanie go komuś kto lepiej spożytkuje tenże przedmiot. Tymczasem domena internetowa nie jest czymś zrozumiałym i przez to arbiter nie wiedząc jakie prawo stosować, kieruje się swoim robin-hoodowskim instynktem i feruje wyroki, które de facto oznaczają przekazanie domeny tej stronie sporu, która lepiej będzie używać domenę. To przekonanie o słuszności zabawy w Robin Hooda jest tym mocniejsze, gdy z jednej strony sporu mamy małą firmę lub osobę prywatną a z drugiej strony duży koncern, którego klienci (a więc społeczeństwo) mieliby wygodę w tym, że domena wskazywałaby na stronę internetową tegoż koncernu. Niestety w kapitalizmie trzeba płacić za każdą wygodę. Jeżeli klienci jakiejś firmy np. Pepsi zechcą zasięgać informacji o produktach poprzez wejście na stronę pepsi.pl, to oczywiście ten adres jest dla nich najbardziej wygodny. Jeżeli jednak jakiś inwestor ubiegnie firmę Pepsico, lub firma Pepsico straci prawo do nazwy domeny (bo np. jej nie odnowi), to klienci firmy Pepsico zawsze mogą zawiązać fundusz celowy na wykupienie tego wygodnego adresu dla swojej ukochanej marki.
Wielbiciele wirtuoza mogą się złożyć i kupić drogi fortepian, by muzyka wykonywana przez ich idola była jeszcze lepszej jakości.
Dla osób, które rozumieją czym są domeny internetowe, jest to oczywiste. Niestety sądy arbitrażowe pewnie jeszcze długo będą wykorzystywać egzotyczność wirtualnego bytu domeny i arbitrzy bawić się będą w Robin Hoodów, którzy choć z dobrych pobudek, to jednak będą łamać konstytucyjne prawa własności domainerów, którzy nie różnią się od innych kapitalistycznych inwestorów (lub jak woli socjalistyczny język nienawiści: wyzyskiwaczy).

Rejestry i sądy zasłaniają się kwestią ochrony praw własności intelektualnej. Ale gdzie podziewa się szacunek do własności intelektualnej tego twórcy/eksperta, który wpadł na nowatorski pomysł i wprowadził go w życie zanim zrobił to ktoś inny? Bowiem wymyślenie strategii biznesowej polegającej tym, że domena z ciekawym adresem może być świetnym narzędziem marketingowym, to także pomysł (pewna własność intelektualna) i również powinien być chroniony.

W tym miejscu warto jeszcze raz podkreślić, że większość arbitrów sądów arbitrażowych nie rozumie tego czym jest domena. A wobec tej niewiedzy do głosu dochodzą emocje i zamiast respektowania prawa mamy system robin-hoodowskiego rozdawnictwa domen. Takie jednak działania nijak się mają do obecnego systemu prawnego. To w państwie socjalistycznym władze decydowały, że skrzypce Stradivariusa dostanie znakomity skrzypek, a nie bogaty snob. Abstrahując od tego, czy socjalizm jest lepszy czy gorszy, nie ulega wątpliwości, że w kapitalizmie przedmioty należą do osób, które za nie zapłaciły (np. na aukcji). Jeśli więc znakomity skrzypek chce mieć drogie skrzypce to musi uzbierać odpowiednią kwotę i wtedy może sobie zakupić wybrany instrument; ewentualnie jak już wspomnieliśmy, wielbiciele lub sponsorzy takiego skrzypka mogą mu w tym dopomóc.


DEFINICJE DOMENY INTERNETOWEJ

Z wyżej wymienionych powodów ważne jest by jasno i wyraźnie zdefiniować czym jest nazwa domeny internetowej:

(1) Domena internetowa (dokładniej: nazwa domeny internetowej) z punktu widzenia techniki jest ADRESEM.

Domena należy więc do zbioru takich zjawisk jak:
- adres pocztowy (np.: ul. Wąwozowa 18, 02-796 Warszawa)
- numer telefonu (np.: 0048223808320)
- adres IP komputera w sieci (np.: 195.187.240.100)
- współrzędne geograficzne (np.: 52.131595, 21.064358)
Warto przy okazji zauważyć, że niektóre adresy nawzajem się dublują. Miejsce geograficzne można wskazać używając współrzędnych geograficznych jak i adresu pocztowego, przy czym ten ostatni jest łatwiejszy w użyciu stąd jego dominacja w użyciu codziennym.
Nie inaczej jest z domeną, jest ona prostszą wersją adresu IP serwera, który przechowywać ma pewne informacje dostępne poprzez sieć komputerową.

Do powyższej definicji należy dodać ważną funkcję jaką może pełnić domena internetowa, która to funkcja decyduje często o jej wartości rynkowej.

(2) Domena internetowa z punktu widzenia przedsiębiorcy to NARZĘDZIE MARKETINGOWE.

W tym wypadku zaliczymy domenę to zbioru takich zjawisk, przedmiotów i miejsc jak: bilboardy, tablice świetlne, wizytówki, samoloty latające z reklamą, taksówki wożące reklamy, reklamy telewizyjne, prasowe, radiowe itd. Co ciekawe niektóre adresy (numery telefonów, czy adresy pocztowe) również bywają narzędziami marketingowymi (np. złoty numer telefonu 800-345-345 czy adres Marszałkowska 1 w Warszawie).

BŁĘDY ARBITRÓW

Zauważyć można, że arbitrzy sądów polubownych rozumieją domeny jako byty niejako niezależne, jak zagubione dzikie zwierzęta złowione przez sprytnych kłusowników. Dlatego w przypadku wyroku negatywnego dla pozwanego, uzasadniają swój wyrok na kilka podstawowych (błędnych) sposobów:
A) tym, że domena jest tożsama z jakimś znakiem towarowym, nazwą firmy czy nazwą produktu i w związku z tym domena należy się posiadaczowi znaku, firmie o zbliżonej nazwie produktu lub własnej.
B) tym, że domena zbliżona do jakiegoś zarejestrowanego znaku towarowego jest oferowana do sprzedaży.
C) tym, że korzystając z domeny domainer utrudnia dostęp do rynku firmie posiadającej znak towarowy.
D) tym, że domainer kupując lub przechwytując domenę niejako korzysta z cudzej renomy dla własnego zysku.

Ad. A) W przypadku, gdy nazwa domeny zawiera słowo będące nazwą firmy czy słowem zarejestrowanym jako znak towarowy, to warto zauważyć, że o ile właściciel znaku nie jest "producentem domen" użycie znaku towarowego w adresie nie jest złamaniem prawa właściciela do znaku towarowego. Nie zachodzi bowiem mylne oznaczenie towaru. Wyjątkiem będą oczywiście sytuacje, gdy ktoś korzysta z takiej domeny, by wprowadzać klientów w błąd co do powiązania obydwu podmiotów; jednak oszustwa są ścigane osobno i domena jest tu tylko narzędziem (jak młotek, którym dokonano morderstwa, a który wciąż, mimo dokonania nim zbrodni, można legalnie posiadać).
Odpowiednie przepisy zwalczające nieuczciwą konkurencję dotyczą towarów masowych (produkowanych wielokrotnie), gdyż tylko dla takich produktów słowo "znak towarowy" ma sens. Nie jest znakiem towarowym nazwa pojedynczego towaru (np. imię konia, nazwa własna jachtu itp.) o ile nie nadaje się tej nazwy całej serii produktów. Tak więc jeżeli ktoś nazwie szybkiego konia "Pepsi" i będzie starał się drogo sprzedać tego wierzchowca, to jego wartość nie będzie generowana z powodu znaku towarowego ale z właściwości samego konia (jego rasy, szybkości, stanu zdrowia, urody itp.). Oczywiście dział marketingu firmy Pepsico może dojść do wniosku, że taki koń to świetna reklama dla koncernu i mogą zdecydować się kupić konia dla celów promocyjnych znaku towarowego "Pepsi".
Domena nie jest towarem (choć oczywiście można ją zarówno kupić jak i sprzedać) w sensie towaru masowego. Każda domena jest jedyna w swoim rodzaju. Oczywiście istnieją znaki towarowe dotyczące grup domen (np. "PremiumDomains(R")), leczy w tym przypadku znakiem opatrzona jest seria domen o pewnych cechach i tylko w takim przypadku można mówić o domenie jako o towarze masowym (gdy oznaczamy ją właśnie znakiem towarowym poświadczającym jakąś wspólną cechę). Natomiast w przypadku dochodzenia praw do domeny ze względu na znak towarowy, nie jest to możliwe, gdyż po pierwsze domena nie jest oznaczona znakiem towarowym (nie jest butem domena adidas.com; nie jest napojem domena pepsi.de) tylko zawiera ciąg liter układających się w słowo podobne do znaku towarowego (domena zawiera zawsze dodatkowe znaki i z wyjątkiem znaków zarejestrowanych dla serwisów internetowych [jak ONET.PL] nigdy nazwa domeny nie jest identyczna ze znakiem towarowym). Po drugie sprawa dotyczy pojedynczej domeny (konia, psa, jachtu), która nie jest częścią większej serii towarów oznaczonych jakimś wspólnym znakiem towarowym; ta domena jest pojedyncza i nie spełnia definicji towaru nawet jeśli jest oferowana do sprzedaży. Oczywiście wartość takiej domeny może wynikać z koincydencji jaką jest najprostsze odwzorowanie słownego znaku towarowego w nazwie domeny, ale wartość ta istnieje tylko i wyłącznie dla samego posiadacza znaku towarowego a nie dla innych podmiotów. Domena pepsi.pl jest wartościowa wyłącznie dla firmy Pepsico; inne osoby (np. inwestorzy) mogą chcieć kupić tę domenę tylko w związku z wartością tej domeny właśnie dla posiadacza znaku towarowego. Jest to sytuacja identyczna jak w przypadku konia o imieniu Pepsi, który dla firmy Pepsico jest wart więcej niż inne konie, ale dla pozostałych chętnych do zakupu konia, koń ten jest wart mniej, gdyż dla nich liczą się wyłącznie cechy "końskie", a dla Pepsico dodatkową wartość stanowi możliwość wykorzystania tegoż konia jako narzędzia marketingowego.
Reasumując: nie można stosować dla domen argumentów z ustaw zwalczających nieuczciwą konkurencję, gdyż abonent domeny nie tworzy konkurencyjnych towarów, które oznacza cudzym znakiem towarowym. Właściciel praw do domeny nie korzysta z cudzej renomy, lecz oferuje swoje pierwszeństwo i pomysłowość na sprzedaż firmie, która właśnie ma renomę i znak towarowy, lecz mimo zarejestrowania znaku towarowego, firma ta nie zarejestrowała domeny.
Ad. B) Oferowanie do sprzedaży legalnie posiadanej własności (w tym przypadku praw do dysponowania nazwą domeny) nie może być przesłanką o złych zamiarach domainera. Sprzedaje on bowiem nie znak towarowy, ale swój pomysł na wykorzystanie tego znaku w formie adresu domeny. Gdy słynny malarz namaluje na obrazie cudze logo (vide: Warhol i puszki Campbella) ma prawo sprzedać obraz firmie, która posiada prawa do znaku towarowego, zwłaszcza jeżeli posiadacz praw do znaku widzi swoją korzyść w wykorzystaniu takiego dzieła w marketingu. Czy jeśli Andy Warhol zaoferował w galerii swój obraz z puszką Campbella, potraktowano to jako potwierdzenie złej wiary i odebrano tenże obraz artyście, by przekazać go bezpłatnie właścicielowi marki Campbell? Tu znów sprawa jest prosta, bo obraz jest czymś realnym, a artyzm kreowania obrazu jest czymś powszechnie rozumianym i cenionym. Chęć zarobienia nie może być podstawą do oskarżeń, gdyż zarówno artyści, których koszty materiałów (farby, płótno itp.) oraz czas pracy kosztują często wielokrotnie mniej niż cena za jaką artysta chce sprzedać swoje dzieło. Często w takich przypadkach cena końcowa jest 10-20-krotnie większa od kosztów. Podobnie działają inwestorzy/spekulanci giełdowi; żyją z tego, że kupują tanio a sprzedają drogo. W kapitalizmie to norma.
Ad. C) Argument o utrudnianiu dostępu do rynku jest co najmniej śmieszny, by nie rzec infantylny. Skorzystano w tym miejscu z przepisów, które w zamyśle ustawodawcy miały zupełnie inne zadanie. Czy bowiem utrudnianiem dostępu do rynku jest fakt, że jedna firma pierwsza wynajęła jedyny lokal handlowy uniemożliwiając swojej konkurencji na działanie w danym terenie? Jeśli tylko działanie pierwszej firmy nie miało znamion przestępstwa (korupcja, oszustwo, kradzież, szantaż itp.) to zgodnie z zasadą wolnego rynku "kto pierwszy ten lepszy" należy przyjąć, że firma, która pierwsza zauważa możliwość zdominowania pewnego lokalnego rynku poprzez odpowiednio szybkie zawarcie transakcji najmu lokalu, wygrywa właśnie swoją przytomnością i refleksem gospodarczym. Utrudnianie w dostępie do rynku jest w tym przypadku bierne, a nie o takie utrudnianie chodziło przecież ustawodawcy.
Zbyt chętnie mało doświadczeni lub cwani prawnicy wykorzystują przepisy prawa naginając ich znaczenie i stosowanie. Przecież samo już istnienie firmy Pepsico utrudnia firmie Coca-Cola dostęp do rynku. Jednak, gdy sprawa toczyłaby się przed sądem powszechnym nikt rozsądny nie podniósłby nawet zarzutu o utrudnianie dostępu do rynku w przypadku obydwu koncernów napoju typu cola. Jednak arbiter sądu polubownego łapie w lot taki naciągany przecież argument i już popisuje się swoją prymitywną znajomością prawa wypisując bzdury w uzasadnieniu wyroku. Niestety wyroki sądów arbitrażowych nie podlegają ocenie zawodowej, więc nikt nie zawstydzi takiego kiepskiego (lub wyrachowanego) arbitra.
Każdy przedsiębiorca sam musi monitorować możliwości zakupu narzędzi marketingowych lub dostępu do nich. Gdy firma Pepsico przeoczy możliwość kupienia konia o imieniu Pepsi, gdy był jeszcze tanim młodym koniem, to potem musi zapłacić dużo więcej albo nawet w ogóle traci możliwość nabycia konia, jeśli obecny właściciel nie zgadza się na sprzedaż.
Ad. D) Gdy domainer kupuje prawa do domeny, to faktem jest stwierdzenie, że domena do takiej transakcji była dostępna, a więc, że ewentualny roszczeniodawca nie zadbał odpowiednio o swoje interesy. To trochę tak jakby oskarżać śmierciarkę, że kradnie śmieci i na nich zarabia (gdy np. produkowany jest z tych śmieci gaz czy paliwo).
Nie jest przestępstwem korzystanie bierne z cudzej renomy. Wiele firm nieźle zarabia korzystając z faktu, że ich punkty sprzedaży są w pobliżu innej większej korporacji. Jest to korzystanie bierne i prawo w żadnym przypadku nie tylko nie zakazuje takich praktyk, ale nawet nie zobowiązuje nikogo by dzielił się swoimi zyskami. Przykładem mógłby być bar w pobliżu kina, który zarabia na klientach, których przyciągnęło swoimi reklamami i swoją marką kino. Nikt nie uważa zarobków takiego baru za coś nieetycznego czy nielegalnego, i to nawet gdy kino ma własny bar.
Nawet gdy domainer zarabia na reklamach czy ruchu generowanym na domenie, to jest to zarobek z biernego wykorzystania cudzej marki. Jedynie oszukiwanie internautów jest czymś nieetycznym i oczywiście nielegalnym - nasze przepisy prawne świetnie sobie jednak radzą z takim przestępstwem.
Inny przykład: pewna firma A zauważa, że jakieś miejsce (np. lokal) świetnie nada się pod sprzedaż towarów, które dystrybuuje firma B. Firma A wynajmuje więc dany lokal z możliwością cesji najmu, a następnie oferuje firmie B odkupienie praw do dostępu do lokalu, oczywiście za cenę, która jest w jakiś sposób proporcjonalna do ewentualnych zysków jakie osiągnie firma B, gdy będzie mogła korzystać z lokalu, który jest w dyspozycji firmy A.
Dodatkowo jeżeli firma B już wcześniej korzystała z tego lokalu, ale przez swoje gapiostwo nie odnowiła umowy lub porzuciła lokal nie zdając sobie sprawy z jego wartości dla procesu wydajnej sprzedaży, to gdy firma A wejdzie w posiadanie praw do tego lokalu, to nie można czynić jej zarzutu działania w złej wierze, gdyż chęć zarabiania na tym, że się posiada wiedzę odnośnie tego jakie narzędzia są ważne dla potrzeb marketingu, nie może być traktowana jako coś negatywnego. W kapitalizmie jest wiele zawodów, w których zarabia się na wiedzy odpowiednio zorganizowanej. Inwestor giełdowy, który rozumie rynek zarabia więcej właśnie dlatego, że wie jakie błędy popełniają inni uczestnicy rynku giełdowego. Za błędy przecież powinien płacić ten kto je popełnia, a nie ten co jest lepiej ułożony i ma większą wiedzę.

Postaramy się wytłumaczyć to na kilku dodatkowych przykładach.
Wyobraźmy sobie, że władze Warszawy zechcą uhonorować poetkę filipińską Anabel Bosch poprzez nazwanie jej imieniem jakiejś ulicy, oczywiście krótkiej ulicy, bo jednak postać ta jest mało dla Polski ważna. Tak więc nagle zaistnieje pula adresów pocztowych rozpoczynających się od nazwy "ul. Anabel Bosch" lub w wersji skróconej "ul. Bosch". Może się wtedy zdarzyć, że jakiś sprytny przedsiębiorca kupi lub wynajmie jedyny budynek (lub kilka budynków) przy tej ulicy, by następnie zaproponować firmie Bosch wykupienie adresu za dużo wyższą cenę ze względu na to, że taki adres zbliżony do nazwy firmy może być świetną formą reklamy oraz może ułatwiać klientom dotarcie do sklepu/hurtowni/siedziby. Czy jednak jakikolwiek sąd powszechny odebrałby komuś prawa do nieruchomości ze względu na znak towarowy firmy Bosch, czy też ze względu na to, że sprytny inwestor wpadł na pomysł pierwszy przed firmą Bosch?

Wyobraźmy sobie podobną sytuację, gdy firma Bosch posiadała już w jakimś miejscu hurtownię (może to być właśnie lokal na ul. Bosch ale nawet niekoniecznie), ale w toku restrukturyzacji firmy czy też z powodu błędu postanowiono przenieść hurtownię do innego miejsca i dawna hurtownia firmy Bosch zostaje wystawiona na aukcję a następnie zakupiona lub wynajęta przez nowego właściciela, który urządza tam sklep dowolnej branży. Ponieważ wielu klientów przyzwyczaja się do lokalizacji jakiegoś sklepu, więc często jeszcze przez wiele lat przyjeżdżają oni pod adresy, które pamiętają z poprzedniej transakcji. Nie jest więc dziwne, że nowy właściciel dawnej hurtowni Boscha będzie miał zwiększone obroty (nawet jeśli sprzedaje inne towary niż Bosch). Czy korzysta w tym przypadku z renomy Boscha? Tak! Ale biernie. Tak samo zarabiać będzie jeśli Bosch zapłaci za reklamę swojej hurtowni w radiu, ale przez pomyłkę poda swój dawny adres pod którym teraz działa nowy przedsiębiorca. Czy tenże przedsiębiorca się ucieszy z prezentu? Owszem. Jednak jest to właśnie prezent wynikający np. z potencjalnego braku wiedzy ewentualnego zarządu firmy Bosch; z pewnością nie jest to jednak kradzież! Przedsiębiorca nie zrobił nic przeciwko prawu oraz nic przeciwko interesom firmy Bosch, to właśnie firma Bosch w tym przykładzie zrobiła coś przeciwko swojemu interesowi podarowując komuś wartościowe narzędzie marketingowe. Ma do tego oczywiście prawo. Nie może jednak potem żądać od przedsiębiorcy żadnego odszkodowania, zadośćuczynienia, czy też odebrania mu lokalu/adresu.

Dokładnie tak samo ma się sprawa z adresem domeny internetowej. Nawet jeśli abonent domeny celowo kupił nazwę domenę zawierającą litery zawierające wyraz podobny do cudzego znaku towarowego, to w tym przypadku ze względu na to, że jest to tylko adres a nie towar (nawet jeśli domena jest wystawiona na sprzedaż), nie można stosować przepisów stworzonych dla zupełnie innych sytuacji gospodarczych. Adres jest bowiem zlepkiem liter lub cyfr i jego podobieństwo do znaku jest tylko pewną dodatkową jego właściwością, którą można wykorzystać w marketingu, choć przecież niekoniecznie.

Inną bardzo ważną sprawą jest to, że osoba rejestrująca znak towarowy dokonuje właśnie świadomej REJESTRACJI znaku na zasadach pierwszeństwa w celu ochrony tegoż pierwszeństwa. Rejestrując znak towarowy firma pokazuje, że interesuje ją określona ochrona prawna dla określonego narzędzia marketingowego. Takim samym narzędziem marketingowym jest nazwa domeny i ją również TRZEBA zarejestrować by mieć pierwszeństwo przed innymi podmiotami. Skoro więc firma wie, że należy dbać o narzędzia marketingowe poprzez rejestrację tych narzędzi w odpowiednich rejestrach, to firma nie może mieć pretensji o to, że ktoś korzysta z jej znaku towarowego jeśli okres ochronny na ten znak nie został przedłużony (opłacony). Tym bardziej firma posiadająca zarejestrowany znak towarowy nie może podnosić zarzutów o jakieś naruszenia jej interesów, jeśli ktoś korzysta z adresu nazwy domeny, która albo nie została zarejestrowana od razu przez roszczeniodawcę lub też jeśli domena była wcześniej w jego dyspozycji ale nie została przez niego przedłużona.

Jeśli adresy pocztowe nie są wystarczająco mocnym przykładem, to weźmy na cel adresy o zbliżonych uwarunkowaniach technologicznych: numery telefonów. Za przykład niech posłuży nam firma kurierska DHL, która wykupiła dla siebie numer informacyjny 801-345-345. Jest to tzw. złoty numer, gdyż na klawiaturach telefonów wyposażonych w klawisze numeryczne z przypisanym alfabetem, numer ten można przedstawić jako 801-DHL-DHL. Ponieważ firma DHL jest wielką międzynarodową korporacją, więc można się było spodziewać, że w końcu trafi do Polski. Czy inwestor, który kupiłby prawa do wszystkich numerów telefonicznych kończących się na 345-345 działałby w złej wierze? Czy należałoby mu odebrać te wszystkie numery i przekazać firmie DHL? Naszym zdaniem nie. Numer telefonu bowiem tak jak i domena internetowa, jest narzędziem marketingowym wykorzystującym jedno z wielu możliwych ułożeń elementów adresu, które podobne jest do jakiegoś znaku towarowego. Oczywiście DHL nie musiałby płacić nikomu za pomysł skorzystania ze złotego numeru, wystarczyłoby, by odpowiednio wcześniej jego dział marketingu zamówił na całym świecie wszystkie możliwe numery z końcówką 345-345. Firma DHL mogłaby też wydawać pieniądze na stałe monitorowanie rynków telekomunikacyjnych w celu bieżącego wykupywania wszystkich nowych numerów telefonów z tą końcówką. DHL może także zrezygnować z tych działań i właśnie zapłacić osobie, która sama zużyła środki i czas, by zakupić złote numery w celu ich odsprzedaży z zyskiem.
Tak samo działają inwestorzy na rynku nieruchomości - kupują tanio licząc na to, że dana nieruchomość ze względu na jakieś plany kiedyś będzie warta dużo więcej. Z takimi inwestycjami jednak zawsze wiąże się ryzyko, co jest cechą charakterystyczną każdej inwestycji w kapitalizmie.
Domainer podobnie jak inni inwestorzy płaci za swoją własność (prawa do dysponowania nazwą domeny) oraz ryzykuje, że jednak potencjalny nabywca nie będzie zainteresowany takim narzędziem marketingowym.

Wyobraźmy sobie, że ktoś wykupił domenę pepsi.pl za 100 zł i następnie zaproponował firmie Pepsico (właścicielowi marki Pepsi) odkupienie tej domeny za 200 tys. zł. O ile właściciel domeny (nazywany niesłusznie cybersquatterem), nie wykorzystuje jej by wprowadzać kogoś w błąd (np. nie informuje pod swym adresem internetowym, że jest powiązany z firmą Pepsico), to wszystko powinno być w porządku. Dlaczego? Otóż dlatego, że pomysł na wykorzystanie internetu do promocji firmy lub marki to pomysł jak każdy inny. Zamiast kupować domenę, nasz bohater mógł np. opatentować pomysł wykorzystania nazwy pepsi.pl do promocji marki Pepsi, a następnie mógł udzielić firmie Pepsi licencji lub sprzedać prawa do patentu. Gdyby firma Pepsi wykupiła domenę pepsi.pl bez opłacenia licencji, to złamałaby prawo naszego bohatera do pierwszeństwa w zakresie pewnej technologii marketingowej. Zamiast więc kupować patent nasz bohater po prostu kupił domenę. Teraz może ją wykorzystywać, choć firma Pepsico mogłaby żądać pewnej części zysków osiąganych z tej domeny, gdyż zawiera ona słowo będące marką należącą do Pepsico. Oczywiście nie ma możliwości patentowania takich prostych strategii marketingowych. Niemniej jednak nic nie stoi na przeszkodzie by nasz domainer zabezpieczył swoje interesy właśnie poprzez zakup praw do domeny.

Jeśli nawet ostatecznie przyjmiemy, że firma Pepsico mogłaby żądać np. 50% zysków ze względu na podobieństwo adresu i znaku towarowego, to nasz bohater może zaproponować firmie Pepsico nabycie domeny za 400 tys. zł, z czego połowę firma Pepsico dostanie z powrotem, bo jest to część zysków należnych firmie Pepsico, ale pozostałe 50% należy się naszemu bohaterowi za jego pomysłowość. Przy czym cena 400 tys. zł musi być ceną dla każdego pierwszego chętnego, który zdecyduje się na zakup. Jeśli firmę Pepsico ubiegnie inna firma, to i tak Pepsico dostanie 50% wartości domeny (czyli 200 tys. zł). I tylko takie roszczenia można by w ogóle rozważać, choć na podstawie wcześniej przedstawionych przykładów wyraźnie widać, że właścicielem praw pierwszeństwa do dysponowania narzędziem marketingowym jest właśnie domainer i firma Pepsico nie powinna dostać ani złotówki.
Domena pepsi.pl tylko w części nawiązuje do marki Pepsi, oprócz tej nazwy zawiera jeszcze kropkę oraz litery PL. Nie jest to więc identyczna nazwa. Zwłaszcza, że technicznie rzecz biorąc nie jest to nazwa, a właśnie adres. I choć przyjęło się definiować ten adres jako "nazwa domeny" to jednak słowo "nazwa" nie oznacza w tym przypadku tego co w przypadku nazwy towaru.
Tak samo ktokolwiek może kupić domenę kochampepsi.pl i wykorzystywać dla różnych legalnych celów i nikt nie powinien wysuwać żadnych roszczeń w stosunku do abonenta tej domeny. A jeśli Pepsico uzna, że hasło "Kocham Pepsi" jest dobre marketingowo, to zawsze może odkupić ten adres internetowy, ale MUSI zapłacić temu kto pierwszy wymyślił to hasło jako adres domeny.

Wytłumaczymy to jeszcze lepiej na prostym przykładzie. Gdyby do Pepsico zwrócił się wynalazca, który w prosty sposób mógłby potęgować smak napoju Pepsi-Cola za pomocą dodania prostego składnika (np. odrobiny olejku anyżowego), to firma Pepsico powinna zapłacić temu człowiekowi, nawet wówczas, gdy firma ta posiada zarówno patent na napój Pepsi-Cola jak i na wytwarzanie olejku anyżowego. Po prostu z połączenia pewnych elementów tworzy się nowa jakość i ta nowa jakość jest już przedmiotem nowego prawa własności intelektualnej. Są to prawa pochodne, bazujące na prawach, które posiada firma Pepsico. Ale zarówno ów wynalazca nie może podrabiać napoju Pepsi-Cola, jak i firma Pepsico nie może wykorzystać pomysłu tego wynalazcy bez zapłacenia mu za jego pomysł.
Gdyby laboratoria Pepsico same zbadały fakt, że dodanie olejku anyżowego do Pepsi-Coli daje nowy świetny smak, to firma Pepsico nie musiałaby płacić wynalazcy setek tysięcy dolarów za jego pomysł.
Tak samo, gdyby dział reklamy lub marketingu Pepsico w porę zauważył, że internet to świetne medium dla reklamy i sprzedaży produktów, to firma Pepsico sama zarejestrowałaby sobie wszystkie ciekawe domeny, które by tylko chciała i nie byłoby żadnego problemu z koniecznością odkupywania domeny (pomysłu) od domainera.

REJESTRY DOMEN

Oczywiście rejestr domen, czyli właściciel pewnej głównej domeny ma prawo ustalać reguły odsprzedaży subdomen. Ale w przypadku NASKu należy przypomnieć, że jest to jednostka państwowa, a nasze państwo (Polska) jest krajem kapitalistycznym, w którym promuje się przedsiębiorczość i pomysłowość, a te bazują na tym, że kupuje się coś tanio a sprzedaje drożej...

Niestety pod szyldami kapitalizmu wciąż ludziom marzy się prostota komunizmu a z kolei niektórzy używają idealizmu socjalistycznego, by de facto wesprzeć monopol wielkich korporacji. Natomiast w kapitalizmie trzeba za wszystko płacić; za każdy towar i za każdy pomysł. Ten kto pierwszy ten lepszy. Patenty i ochrona znaków towarowych mogą chronić jedynie to co już zostało wymyślone, nigdy zaś nie mogą monopolizować tego co zostanie wymyślone w przyszłości. Nawet instytucje takie jak urzędy patentowe pobierają ogromne wynagrodzenia za rejestrację patentu lub ochronę znaku towarowego. Poniekąd same swoją postawą wskazują, że za wszystko trzeba płacić. Niech więc korporacje płacą pomysłowym ludziom za ich pomysł wykorzystania domeny. Nie ma w tym nic zdrożnego. Pewnie roczna pensja kilku pracowników działu marketingu Pepsico jest większa niż ta opłata za nowatorski pomysł. Może w naszym przykładzie Pepsico powinno po prostu zatrudnić tego pomysłowego człowieka zamiast kierować przeciw niemu swych prawników?

Niestety niewtajemniczonym i zmanipulowanym ludziom wydaje się, że ochrona firm przed tzw. cybersquattingiem jest zgodna z ideami kapitalizmu. Pod szyldem sprawiedliwości odgrywa się dzika ceremonia łamania podstawowych praw człowieka. Zwykle ten atakowany człowiek jest słabszy niż korporacja, która rzuca do boju swych "płatnych zabójców", bo zwykle cybersquatterami są młodzi pojedynczy ludzie, których nie stać na prawnika. A poza tym, tutaj należałoby uzbroić się w specjalnego prawnika, który byłby w stanie zaatakować cały system łącznie z zasadami danego rejestru.

Z tego powodu, takie instytucje jak ICANN, EURID, NASK mogą pod przykrywką dbałości o idee sprawiedliwości, łamać prawa człowieka.

W Polsce NASK dodatkowo stał się nieco wypaczoną instytucją państwową. Z jednej strony w statucie tej instytucji czytamy, że nie działa dla zysku, a z drugiej, po odwiedzeniu ich stron w internecie mamy pewność, że to zwykła firma, która robi wszystko by maksymalizować sprzedaż i osiągać maksimum zysków.

Już nawet poziom cen tego monopolisty wskazuje, że zysk to jedyne co go interesuje. Gdy domeny światowe (globalne) potrafią kosztować 15 zł, nasz monopolista sprzedaje odnowienia swoich domen .PL za cenę 40 zł netto (cena dla resellerów). Co ciekawe odnowienia domen regionalnych kosztują resellerów 10 zł netto a regionalne typu IDN odnawia się w cenie zaledwie 2,50 zł netto (resellerzy). Przyjmując roboczo, że NASK osiąga ciągle zysk nawet z odnowienia domeny regionalnej IDN, wychodzi nam z prostych obliczeń, że opłata rzędu 40 zł netto jest przynajmniej o 1500% wyższa niż koszty utrzymania domeny. A teoretycznie koszty utrzymania domen funkcjonalnych i regionalnych są wyższe, gdyż domeny te statystycznie są dłuższe, więc ich rekordy w bazie zajmują nieco więcej miejsca. Stosując tak wielkie marże NASK osiąga olbrzymie przychody. Marże rzędu tysięcy procent nie szokują nikogo na wolnym rynku, ale NASK to nie zwykła firma. To państwowy monopolista. A jeśli NASK nie notuje zysku, to kto przejada te przychody, skoro domen jest ponad 2 miliony?
Utrzymanie dobrych serwerów to koszt góra 500 tys. zł rocznie (wraz z obsługą). Rozwój i tworzenie nowych rozwiązań to dalsze 500 tys. zł rocznie. Administracja? Niech będzie jeszcze 2 mln zł. Rezerwa: następne 500 tys. zł. Razem mamy 3,5 mln zł, które powinny wystarczyć KAŻDEJ normalnej firmie do świadczenia usług jakie świadczy NASK. Ale NASK ma rocznie ok. 20 razy tyle przychodów... co się z nimi dzieje, nie wiadomo... Na to pytanie odpowiedzieć może jedynie NIK, który już dawno powinien skontrolować to co dzieje się u naszego monopolisty domeny krajowej. Razem z NIKiem powinien sprawą zainteresować się odpowiedni urząd przeciwdziałający monopolom. W końcu NASK to nie firma tylko agenda państwowa, a taka agenda powinna dawać przykład tego czego sama żąda od nabywców domen.

Zachęcamy NASK do obniżenia cen do poziomu, który będzie dowodził, iż NASK działa rzeczywiście nie dla zysku. Wydaje się, że cena rzędu 5-10 zł netto za odnowienie domeny PL to przyzwoita i uczciwa cena, która pozwala utrzymywać i rozwijać wszelką niezbędną infrastrukturę, której NASK potrzebuje.

Oczywiście NASK nie jest jedynym rejestrem, który łamie prawa wolnego rynku i wspiera kampanię przeciw tzw. cybersquattingowi.
Na koniec ważna kwestia praktyk monopolistycznych NASK. Otóż w rozmowie z dyrekcją NASK usłyszeliśmy oficjalne stanowisko wedle którego NASK nie jest monopolistą, gdyż... można na rynku światowym kupić inne domeny (z innymi końcówkami), mamy więc teoretycznie wolny rynek i możliwość wyboru różnych domen. Niestety próba podobnej argumentacji przed sądem polubownym, gdzie domainer odrzuca oskarżenia o blokowanie dostępu do rynku, mówiąc, że zamiast domeny typu pepsi.pl firma Pepsico może kupić dla siebie dowolną inną np. pepsi.info.pl lub pepsi.co.nz itd., taka argumentacja jest zbywana przez arbitra, który w wyroku stwierdza, że bezpośrednia domena z końcówką .PL jest najbardziej intuicyjną a przez to wyjątkową domeną. A więc z tych wyroków sądu polubownego wynika, że w Polsce krajowa domena .PL ma status specjalny, a więc de facto NASK jest monopolistą tego wyjątkowego dobra.
Wynika z powyższego, że sąd polubowny uważa domeny .PL za coś wyjątkowego i specjalnego, a już sam NASK nie podziela tej opinii. Dziwna wybiórczość i wygodne manipulowanie faktami.

Jedną z największych "zbrodni" monopolisty NASK jest zmuszanie swoich klientów do rozpraw przed sądami polubownymi.


ZMIANA PRAWA

Trzeba wreszcie krzyknąć, że król jest nagi i że zjawisko błędnie nazywane cybersquatting to nic innego jak zarabianie na własnych uczciwych pomysłach. Domaining nie jest przestępstwem, nikogo nie pozbawia życia i jego mienia. Wręcz odwrotnie - dzięki pomysłowi cybersquattera, firma, która chce odkupić ciekawą domenę ma szansę na wykorzystanie serwisu, który już jest często przemyślany i wypozycjonowany. A to, że musi zapłacić za cudzy pomysł to chyba nic złego? W końcu większość tych firm żyje właśnie z eksploatacji swych pomysłów.

Firma Pepsico również "żeruje" na całej ludzkości wykorzystując fakt, że jako jedni z pierwszych "zesquattowali" pomysł zrobienia napoju z orzeszków cola. I nikt nie ma do nich o to pretensji. A do równie genialnych cybersquatterów wysyła się pogróżki i wezwania sądowe, oskarża o łamanie prawa. A może prawo łamie ktoś inny? Może to rejestry domen ignorują pomysłowość cybersquatterów? Kto im zapłaci za ich antycypację i właściwe lokowanie kapitału?

Czy jeśli ktoś jest genialnym astronomem i dzięki swym obserwacjom odkryje na Marsie formację skalną w formie napisu "Pepsi", to czy jeśli ONZ zacznie sprzedawać prawa do gruntów na Marsie i nasz astronom kupi sobie tanio tę formację skalną, to czy potem Pepsico może pozbawić go praw do tej ziemi tylko dlatego, że skały układają się w napis Pepsi? Według nas nie, ale według NASKu, Eurid, ICANN i niektórych arbitrów właśnie tak można podeptać ludzkie prawa.

Czy zarejestrowanie lub opatentowanie nazwy w urzędzie patentowym nie jest również rodzajem squattingu, tyle, że squattingu usankcjonowanego prawem? W końcu nazwy to tylko nazwy i każdy ma do nich prawo, bo to tylko złożenie znanych nam liter... Ale jednak są tacy, którzy swoje pomysły chronią i czynią to w świetle prawa. Dlaczego zatem to prawo nie chroni pomysłów dzisiejszych odkrywców pewnych możliwości zarobkowych? Może dlatego, że urzędy prawie nic z tego nie mają, a ochrona patentowa i zastrzeganie znaków towarowych, to dobry interes dla państwa (to znaczy dla jego urzędników)...

Warto również podkreślić fakt, że sądy arbitrażowe zbyt często stają po stronie wielkich korporacji, gdyż właśnie istnienie owych sądów oraz wysokie zarobki prawników tych korporacji zależą właśnie od takiego a nie innego rozpatrywania wniosków. Gdyby pozwy korporacji i innych właścicieli znaków towarowych, były rozpatrywane odmownie, zniknęła by potrzeba istnienia takich sądów a współpracujący z tymi sądami prawnicy nie mieliby takich przychodów. Często, najprawdopodobniej, następuje rotacja i albo sędziowie tych sądów stają się doradcami prawnymi korporacji, albo tacy prawnicy wchodzą do składu arbitrów. Dlatego można podejrzewać, że wbrew logice i wymogowi sprawiedliwości, głównym kryterium tego środowiska, przy orzekaniu wyroków, jest utrzymanie złej interpretacji prawa, na korzyść własną oraz na korzyść hojnych "sponsorów" całego tego systemu. Oczywiście istnieją też uczciwi sędziowie i chwała im za profesjonalne podejście do sprawy, ale czasem kilku sprawiedliwych to za mało na cały legion konformistów.
Można oczywiście przeprowadzić reformę tego środowiska. Należy to jednak zrobić ustawowo w parlamencie by wykluczyć dwuznaczność prawa. Wiadomo jednak, że wielkie korporacje mają w parlamencie również sporą siłę przebicia. Drugim sposobem "walki" jest nagłośnienie sprawy w mediach, ale te jak wiadomo również są na smyczy biznesu (bo przecież żyją z reklamy), a dodatkowo przecież same media również są korporacjami, więc skala trudności w przebiciu się prawdy, jest dość spora...

DLACZEGO SĄD POLUBOWNY SIĘ NIE SPRAWDZA W PRZYPADKU DOMEN

W normalnych warunkach sąd polubowny jest świetnym wynalazkiem by szybko rozwikłać drobny spór pomiędzy dwoma podmiotami. Ale warunek jest jeden: spór dotyczy rzeczy i problematyki znanych i rozumianych zarówno przez strony postępowania jak i przez arbitra. Niestety w przypadku domen internetowych, rozprawy przypominają sądzenie za czary, bowiem tylko nieliczne grono prawników rozumie czym jest domena internetowa. Powoduje to gorszące przykłady zwyczajnej ordynarnej kradzieży cudzej własności pod płaszczykiem legalizmu. Rękę do tego przykłada NASK stosując odpowiednie zapisy w swym regulaminie. Regulamin ten napisany jest w taki sposób, że można każdemu ukraść dowolną (choćby wartą miliony zł) domenę korumpując minimalną liczbę osób. Nie istnieje żadne logiczne wyjaśnienie dla zmuszania stron do korzystania z sądu polubownego, poza może faktem, że osoby pracujące w NASK brały udział w tworzeniu sądu i jego regulaminu. A gdy ktoś coś tworzy, to jest mocno do tego czegoś przywiązany, tak jak matka chroni swego syna, nawet gdy jest złym człowiekiem, tak i NASK chroni instytucję sądu polubownego oraz obligatoryjność korzystania z jego "usług".
Dodatkowo NASK tak bardzo czuje się mocno na rynku, że sam zarządza rejestrem w sposób dowolny i pozaregulaminowy. Przykładem takiego działania jest przekazywanie spornej domeny powodowi, tylko dlatego, że sąd polubowny wykazał, że pozwany naruszył prawa powoda. A przecież naruszenie praw powoda nie musi zawsze kończyć się przekazaniem przedmiotu, którym to łamanie następowało. Jeśli ktoś na swoim domu naklei reklamę Pepsi, a firma Pepsico poczułaby się z powodu tej reklamy poszkodowana, to nienormalnym byłoby automatyczne przekazywanie domu pozwanego na rzecz firmy Pepsico. Sąd polubowny powinien mieć przede wszystkim jurysdykcję pozwalającą na wydanie wyroku określającego co się z domeną powinno stać (np. pozwany mógłby mieć nakaz zmiany treści strony internetowej pod adresem tej domeny); czasami wystarczyłoby zasądzenie odszkodowania dla powoda, a domena wciąż mogłaby pozostawać własnością pozwanego.
Tymczasem regulamin NASKu automatycznie rozwiązuje umowę z abonentem, który naruszył czyjeś interesy bez względu czy naruszenie było małe, czy duże, celowe czy przypadkowe i czy dotyczyło np. kwestii znaków towarowych.
Regulamin nic nie mówi o tym co się stanie z domeną po rozwiązaniu poprzedniej umowy. Nie chciało się dyrekcji NASK poprawić regulaminu, więc opis czynności odnośnie przekazania domeny powodowi znajduje się w zupełnie innym miejscu serwisu internetowego.
To nie jedyny typowo monopolistyczny przejaw stylu działania NASK. Firma ta w sposób chaotyczny i przypadkowy udostępnia różne narzędzia obsługi domen. Wedle swego widzi-mi-się blokuje czasem dostęp do niektórych funkcji, by po jakimś czasie je przywrócić. Nowe opcje są dodawane lub usuwane bez zapowiedzi w arbitralnie przyjętych terminach i bez konsultacji z partnerami. Tworzy to obraz chaosu i dowolności i często utrudnia działania abonentów domen. Rejestratorzy są traktowani bezwzględnie, gdyż są zdani na łaskę monopolisty. Oczywiście z powodu zachowań monopolistycznych, rejestratorzy boją się otwarcie wskazywać negatywne strony współpracy z NASK, gdyż boją się, że NASK może rozwiązać z nimi umowę. NASK łamie tym samym dobre obyczaje państwa prawa, dlatego właśnie głośno wołamy o zjednoczenie się w tej sprawie, by prowadzć z NASK dyskusję lub jeśli metody bezpośredniej komunikacji zawiodą, by skorzystać z usług sądu powszechnego, który rozstrzygnąłby czy NASK jest monopolistą i czy stosuje bezprawne zapisy w swoim regulaminie.

STOP ŁAMANIU PRAWA LUDZI DO ZARABIANIA NA SWYCH POMYSŁACH I PIERWSZEŃSTWIE W ICH REALIZACJI!!!!!

Zapraszamy do dyskusji na forum dyskusyjnym DI.PL.

Zapraszamy do kontaktu z nami

club /małpka/ domainers.org.pl

Popieramy poniższe inicjatywy stworzenia kolektywu inwestorów domenowych:

Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Domenowych (PSID)

Polska Izba Domainingu (PID)

Inicjatywę powołania PID wspiera organizacyjnie Centrum Monitoringu Przestrzegania Praw Obywatelskich fundacji IP. Zapraszamy podmioty gospodarcze do zgłaszania swojego akcesu do tej PID, by kreować wspólnie lepsze standardy współżycia społecznego i bardziej sprawiedliwe prawo.




Notka prawna: niniejszy dokument nie zachęca nikogo do łamania prawa, jest to jedynie zaproszenie do dyskusji na temat ulepszenia prawa, a raczej jego właściwego stosowania. Niniejszy dokument nie może być podstawą do jakichkolwiek roszczeń, nie jest to oficjalna wykładnia prawa. Autorzy tego dokumentu nie są zawodowymi prawnikami z uprawnieniami do świadczenia usług adwokackich czy radcowskich. Jednakowoż, autorzy starają się znać prawo, więc w przypadku, gdy szanowny Czytelnik znajdzie błąd w naszym rozumowaniu, zapraszamy do kontaktu i dyskusji.


________________________________________________
* Copyright © 2008-2016 DOMAINERS CLUB *
| Kopiowanie zezwolone pod warunkiem podania źródła i linku do tej strony |